poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Rozdział trzeci




Na trzech uderzeniach przeważnie się kończyło. Za pierwszym zawsze kryła się cisza. Niewypowiedziany szok, tak samo mocny z każdym kolejnym dniem, chociaż ciągnęło się to już tyle czasu. Drugie uderzenie było właśnie za ciszę, brak reakcji, jakby przemoc miała wywołać emocje głośne i pełne pasji, zamiast zwykłego otępienia.
Później następował protest, często był nim głośny krzyk, a wiadomo, że po drugim uderzeniu emocje już nie powinny być głośne, jakiekolwiek spekulacje skończyły się na początku.
Trzeci cios był więc ciosem na dobranoc. Dobranocką dla dorosłego, rosłego mężczyzny, bez której rzadko kładł się spać do dwuosobowego łóżka. Owa Dobranocka leżała wtedy przeważnie na podłodze, trzymając się czy za brzuch, czy za szyję, czy to drżącą ręką dotykając pleców, żeby się upewnić, że tym razem nie krwawią. Rzadko była to twarz, ktoś w końcu musiał witać od czasu do czasu sąsiadów, upewniać bliskich, że wszystko było w porządku, czy chociażby robić zakupy.
Dobranocce zawsze przyglądały się ukryte w ciemności oczy. Szklące się, smutne, ale pełne niezrozumienia dla uległości Dobranocki, przebaczającej jak święty, jednocześnie upadając niżej, niż święci by sobie na to pozwolili.

Mleczna mgła unosiła się mozolnie nad uliczkami Wioski Liścia, kiedy zaczynało świtać. Powietrze było mroźne i Kotetsu Hafane musiał co chwila pocierać o siebie swoje dłonie, żeby te nie zdrętwiały z zimna. Jego partner, z nosem i policzkami czerwonymi od chłodu, popijał w znużeniu herbatę, wyraźnie odporny na uroki poranka. Kotetsu spojrzał tęsknie na ciepłą parę, unoszącą się z kubka Izumo i przeklął w duchu swoje nieprzygotowanie.
– Może gdybym przebiegł się kilka razy wokół wioski, to ta pogoda przestałaby być tak męcząca – powiedział, bardziej chcąc trochę pomarudzić, niż osiągnąć tym cokolwiek innego.
– Dobrze wiesz, że nie możemy się stąd ruszyć.
–  Ta. – Westchnął przeciągle, rozciągając się i siadając niedbale na krześle. – Dlaczego zawsze przydzielają nam poranną zmianę? Jedyne, co tu się zdarzyło w przeciągu ostatnich kilku lat, to Gai, biegnący z Kakashim na barana. I nie powiem, nie był to specjalnie… estetyczny obraz.
– A no – przyznał Izumo. – Znajomość tej dwójki zawsze była niecodzienna.
– Aaaaaaaaa – wydał z siebie Kotetsu, prawie wywracając się wraz z krzesłem do tyłu. – Niemożliwe.
Jego partner jakby trochę odżył, a w jego oku pojawił się błysk.
– Myślisz, że Kakashi–senpai…
– Widziałeś go kiedyś z jakąś dziewczyną?
– W sumie Gai też nigdy za bardzo…
Kobiecy krzyk wdarł się w spekulację dwóch strażników. Tego typu hałas w Wiosce Liścia był raczej na porządku dziennym. Mieszkańcy Konoha Gakure, szczególnie ci młodsi, byli głośni i pełni energii, która uwalniała się w nich przeważnie kilkanaście minut po wschodzie słońca, kiedy w pośpiechu szykowali się na zajęcia w Akademii Ninja. Teraz jednak krzyk pojawił się kilka chwil za wcześnie, był odosobniony w swojej rozpaczy, w ogóle niepodobny do tych codziennych krzyków. Kotetsu i Izumo zastygli, a następnie zerwali się z miejsca, oboje gotowi do biegu.
– Ja pójdę, ty powinieneś zostać – powiedział Kotetsu, przeskakując przez ladę. – Może to zwykły napad, czy rabunek, tak czyś jak, jeden z nas powinien pilnować bramy.
– Jasne.
Kotetsu pobiegł za hałasem, mijając po drodze budynki, które znał od dziecka. Atmosfera dnia nie dawała mu jednak tego odczuć i poczuł się, jakby wkraczał na wrogi teren. Zatrzymał się na piaszczystej drodze, nasłuchując. Wioska powoli budziła się do życia, słyszał skrzypienie otwieranych okiennic, niewyraźnie powitania, odkasływania, tupot stóp, aż w końcu coś czego szukał – przytłumiony przez odległość szloch. Nie wyczuwając żadnej wrogiej czakry w okolicy, założył, że rzeczywiście była to sprawa cywilna i nieinformowanie Hokage o zwykłym krzyku okazało się dobrym posunięciem. Skoczył na parapet otwartego na oścież okna i o mało co nie wypadł z powrotem na uliczkę.
Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy to czerwień. Pokój, do którego wskoczył, był niewielki i pomalowany na błękitno, pewnie dlatego tak wyraźnie widział krew, zaschniętą na chropowatych ścianach, kontrastującą z białą pościelą łóżka i tak samo białą koszulą nocną, którą miała na sobie płacząca kobieta. Była tak zajęta przyciskaniem brudnej poduszki i płaczem, że nawet nie zauważyła, że Kotetsu znalazł się w pomieszczeniu. Dlatego też jej pierwszą reakcją na dotyk na ramieniu, było odtrącenie dłoni i gwałtowne zerwanie się z podłogi.
– A-amaru? – wyjąkała, patrząc spod przymrużonych powiek na strażnika. Nadzieję wymalowaną na jej twarzy, szybko zastąpił zawód. – Kim pan j-jest? – Głos miała zachrypnięty, oczy nie do końca przytomne. – Mój syn, on, on zniknął. – Rozejrzała się jeszcze raz po pokoju, jakby szukając powodu, żeby zaprzeczyć swoim słowom. Zacisnęła palce mocniej na poduszce. – Tyle krwi… czy on, czy mógł to przeżyć?
Kotetsu szybko przeanalizował sytuację i połączył fakty.
– Nie wiem – odpowiedział zgodnie z prawdą, a kobieta rzuciła mu się w ramiona, płacząc.
– Proszę coś zrobić! – jęknęła wycierając mokry nos i policzki w jego rękaw. – W końcu od tego jesteście, po to wam te wszystkie treningi!
Kotetsu milczał, przyglądając się znakowi, namalowanemu krwią na ścianie. Przestawiał on sierp księżyca, w dolnej części połączony z odwróconym krzyżem. Obraz rozmazywał się przez strugi krwi, spływające za łóżko, nie był starannie namalowany.
– Zrobimy, co w naszej mocy, obiecuję.

– Pobudkaaa. – Sasuke miał ochotę odgonić szept i, idący wraz z nich ciepły oddech znad swojej twarzy, jak natrętną muchę. Zamiast tego otworzył powoli oczy, niewyspany patrząc prosto na drobną twarz Ayako. – Dzień dobry, przystojniaku.
Z każdym mrugnięciem miał nadzieję, że okaże się jedynie poranną marą i za chwilę zniknie. Kilka sekund później widział jednak już wyraźniej, Hideki wciąż klęczała przy jego łóżku, a kiedy się podniosła, dostrzegł, że miała na sobie jedynie majtki i podkoszulkę. Reszta jej ubrań leżała zwinięta w kłębek na fotelu w rogu, a Sasuke pomyślał, że taki bałagan nie pasuje do jego mieszkania. Miał zapytać, jak właściwie Ayako weszła do środka, ale uprzedziła go, zdejmując podkoszulkę i siadając na nim okrakiem.
– Pozwoliłam sobie użyć klucza, który mi dałeś – oznajmiła lekko, schylając się i całując go w usta. Sasuke nie oddał pocałunku, zbyt skonsternowany faktem, że nie przypominał sobie, żeby dawał Hideki jakikolwiek klucz.
Myśli jednak zaczęły powoli ulatywać z jego głowy, kiedy poczuł na szyi ciepło jej ust, sunący przed nim chłodny metal jej łańcuszka z sową, a do jego nozdrzy dostał się słodki zapach waty cukrowej i trochę cięższa woń podniecenia. Zaczął oddawać pocałunki, kiedy ponownie podniosła głowę i spróbował przejąć inicjatywę, ale, tak jak poprzednimi razy, bezskutecznie. Sasuke mógł więc jedynie obserwować jak poruszała się na nim, odchylała głowę do tyłu, oddychając ciężko, oddechem nierównym i czerpać z tego przyjemność. Chociaż nigdy mu to nie przeszkadzało, ta bezczynność przestała być dla niego tak obezwładniająca jak poprzednio. Zdał sobie sprawę dlaczego, kiedy Ayako spojrzała na niego z góry, oczami ciemnymi i zamglonymi, a następnie otworzyła je w przerażeniu, policzkując go. Siła uderzenia było na tyle mocna, że głowa Sasuke przechyliła się w lewo i był zmuszony zerwać kontakt wzrokowy. Hideki przyłożyła mu poduszkę do twarzy, mocno się o nią opierając.
Sharingan Sasuke miał to do siebie, że potrafił aktywować się w trakcie niebezpieczeństwa samowolnie. W ten sposób przeważnie pojawiały się następne łezki, później potrafił już normalnie panować nad wykorzystywaniem swoich umiejętności. Czasami jednak moc Sharingana była szybsza niż jego refleks czy, jak na to wyglądało, bardziej ostrożna niż ich właściciel. Uchiha nie zauważył, że tak się stało, dopóki Ayako nie spojrzała w jego oczy. Wtedy dostrzegł nie tylko jej zaczerwienioną twarz, nagie piersi, czy wyrzeźbiony brzuch. Kryło się w niej coś potężnego, emanując niesamowicie przerażającą energią. Ale Sasuke nie był w stanie dostrzec więcej z poduszką na twarzy. Chciał się wyszarpnąć, wściekły na siebie samego, że dał takiej sytuacji mieć w ogóle miejsce, ale nie mógł się ruszyć. Hideki przyspieszyła swoje ruchy, doprowadzając Uchihe do wymuszonego orgazmu w ciągu kilku sekund i pozbawiając go przytomności.

– Więc mówi pani, że wstała pani rano, zalała herbatę i poszła obudzić syna. Otwierając drzwi, zauważyła pani otwarte na oścież okno, a kiedy spojrzała pani w lewo, zobaczyła ten znak… – Shikamaru przysunął kobiecie kartkę z rysunkiem – namalowany krwią na ścianie. Krew była również na łóżku, więc chcąc sprawdzić, czy pani syn leży, przykryty kołdrą, przekopała pani całą pościel. Następnie znalazł panią nasz strażnik – Kotetsu Hafane, który przedstawił sytuację Hokage i tak oto doszliśmy do tego miejsca i czasu.
– Tak. – Na kobietę wyraźnie wpłynęły godziny, spędzone na odpowiadaniu na te same pytania, czekaniu na to, aż władza podejmie kolejne kroki i uświadamianiu sobie o bezsilności, jaką reprezentowała. Miała czerwone od płaczu, ale matowe oczy, niesamowicie pustą minę, wyglądała, jakby nie do końca rozumiała, otaczającą ją rzeczywistość. Odpowiadała już tylko krótko i zwięźle.
Shikamaru dowiedział się o całej sytuacji zaledwie godzinę temu. Naruto wcześniej dał szansę na wykazanie się młodszym Joninom, bardzo silnym i inteligentnym, ale wyraźnie niewystarczającym dla rodziców zaginionych dzieci. Znany jako strateg wojenny,  Shikamaru Nara do tej pory rozmawiał z członkami dwóch rodzin. Z pierwszej zniknęła trzy letnia dziewczynka, przy drugiej dowiedział się, że porwano sześciolatka, a chłopiec – syn kobiety, której aktualnie zadawał pytania, miał cztery lata. W pokoju każdego z porwanych dzieci znaleziono dokładnie to samo. Mnóstwo krwi, poświęconej na namalowanie półksiężyca z krzyżem. Malunki były wykonane niedokładnie, w wyraźnym pośpiechu, a żadnego z domowników nie obudził w nocy żaden hałas. Shikamaru widział i przeżył wiele w ciągu swojego życia, jednak najbardziej dotykały go sytuacje, w które zamieszane były dzieci. Doskonale wiedział, że to właśnie one były dziedzictwem, przyszłymi królami świata. Odkąd Asuma otworzył mu na to oczy, to właśnie młode pokolenie było dla niego priorytetem. I chociaż bardzo chciał już rozwiązać całą sprawę, równie mocno pragnął stamtąd uciec, zatkać sobie uszy oraz ukryć się gdzieś z Shikadaiem i Temari, dopóki wszystko się nie wyjaśni. Problem polegał jednak na tym, że poza wolą, którą odziedziczył po Asumie, miał również zasady i wierzenia, które wykształtował w sobie na przestrzeni lat i nie mógł ich od tak porzucić. Nara nie przyjmował awansów, które wymagały od niego opuszczenia Wioski Liścia. Często odrzucał również bardzo opłacalne, ale czasochłonne misje za granicami Konohy. Czasami przerażało go, jak bardzo uzależnione było jego życie od ludzi, których nazywał swoimi przyjaciółmi. Wiedział dobrze, że indywidualizm był bardzo wartościową cechą, jednak nie potrafił nigdy do końca tym indywidualistą zostać. Tak długo jak w Wiosce znajdowała się chociażby jedna osoba, z którą zdążył się zaprzyjaźnić, tak długo będzie robił wszystko, co w jego mocy, by sprostać narzuconym na niego oczekiwaniom. Dlatego też nie mógł porzucić misji, dotyczącej porwanych dzieci. Zwłaszcza, że następną, ostatnią osobą, z którą musiał porozmawiać była Hinata Uzumaki.
           
– Powinniśmy zrobić sobie zdjęcie, Sasuke – rzuciła delikatnie Ayako, ściskając mocniej jego dłoń, jednocześnie sunąc palcami drugiej ręki po jego ramieniu, a następnie odgarniając mu z twarzy kosmyk włosów. Szli właśnie ulicami Konohy. Bez pośpiechu, wśród tłumów innych twarzy, których Uchiha nawet nie starał się rozpoznać. – Tak na pamiątkę, żeby o sobie pamiętać.
Sasuke zdziwił się, że sam jeszcze nie wpadł na ten pomysł.
– Nie wiem czy będę miał je gdzie postawić – odparł jednak zgodnie z prawdą. Przestrzeń jego mieszkania była starannie wykorzystana, naruszył ją jedynie kilka lat temu, by postawić zdjęcie, przedstawiające drużynę siódmą.
– Oczywiście, że masz, głuptasie – powiedziała, całując go w policzek.
Tak oto, zaledwie godzinę później, Sasuke chował jeszcze niedawno dokładnie wyczyszczoną fotografię swojej byłej drużyny. Przez chwilę wpatrywał się w każdego jej członka po kolei. Wściekłego Naruto, Kakashiego, który pozornie wyglądał spokojnie, ale i tak zwrócił im uwagę po zrobieniu zdjęcia, na siebie, zirytowanego całą tą sytuacją. Doskonale pamiętał, że uważał wspólne zdjęcia drużynowe za odstawianie szopki i w ogóle ich nie chciał. Takie jednak były wymogi i jeszcze wtedy nie zamierzał zaprzepaścić swojej szansy na przyszłe awanse. Później sprawy się skomplikowały, a jego życie potoczyło, tak jak potoczyło.
Spojrzał na Sakurę. Delikatną i uśmiechniętą, pomimo atmosfery, która wtedy panowała. Wyraźnie zadowoloną z tego, że należała do drużyny siódmej, nawet jeśli była w tym odosobniona.
Uchiha zdał sobie sprawę, że wcale nie chciał chować tego zdjęcia. Ramka z fotografią jego i Ayako, którą trzymał w ręce nie powinna być zamiennikiem jego drużyny. Nie rozumiał, dlaczego brał taką opcję pod uwagę.
– Co tak stoisz, kochanie? – Hideki podeszła do niego, przytulając od tyłu i opierając swoją brodę na jego ramieniu. – W tym miejscu, będzie wyglądało idealnie. – Szturchnęła delikatnie dłoń, w której trzymał ich wspólne zdjęcie.
– Hmp – mruknął Sasuke, stawiając je na półce, czując, że całkowicie się z nią zgadza.
Kiedy Ayako wyjmowała z jego ręki fotografię drużyny siódmej, zapatrzył się na jej papierową twarz. Oboje patrzyli się prosto w obiektyw, ale miał wrażenie, że przypatrywała mu się również zawieszka z sową, którą Hideki nosiła na szyi. Zignorował jednak tę myśl, ponownie przenosząc wzrok na twarz Ayako i nawet nie zauważając, że dziewczyna chowa drugą ramkę na dno dolnej szuflady stolika nocnego.

Sakura Haruno nie pamiętała, kiedy ostatnio na czymś jej tak zależało. Kiedy Daisuke wyruszał na misję, po raz pierwszy nie czuła smutku, czy zmartwienia. Pocałunek, którym obdarował ją na pożegnanie, nie niósł ze sobą dreszczu ekscytacji, bez znaczenia była też obietnica, że wróci jak najszybciej. Nie chciała patrzeć mu w oczy, kiedy odpowiadała, że też go kocha, bo sama już nie wiedziała czym miłość była. Jedyne, co dostrzegała teraz w jego twarzy, to podobieństwo do zapomnianego przez nią, dawnego przyjaciela i ogarniała ją nadzieja, że jeśli spojrzy następnym razem, zamiast jedynie podobieństwa, dostrzeże oryginał. Rysy Daisuke wciąż jednak były delikatne, uśmiech szeroki, a oczy pełne blasku i radości. Sakura dostrzegła, jak gadatliwy był Umaru, ale próbowała odgonić od siebie nagłą irytację, związaną z tą cechą. Daisuke nie zorientował się, że coś było nie tak, kiedy wyruszał na misję i Haruno nie zamierzała go w niczym uświadamiać.
Podgrzewała wodę w czajniku co piętnaście minut, odliczając tak czas, w którym samotnie siedziała w domu i czekała. Pierwsze trzydzieści kwadransów odczekała raczej w spokoju. W końcu umówiła się z nim na popołudnie i chociaż czuła, że Sasuke Uchiha był osobą nieprzewidywalną, założyła, że zamierzał zjawić się właśnie po południu. Przy pięćdziesiątym kwadransie, siedząc na niewielkim ganku i patrząc w przestrzeń, zaczęła sobie wyobrażać, że idzie ku niej, wysoki, piękny i tragiczny w swoim jestestwie, by dotrzymać dane słowo i wyjaśnić sprawy między nimi. Wytłumaczyć, dlaczego z nerwów nie mogła nic przełknąć cały dzień, dlaczego wpatrywała się w jego twarz na zdjęciu drużyny siódmej, próbując wyłowić ze swojej głowy wspomnienia. Na nic zdały się jej wysiłki. Nie znalazła obrazów, nie słyszała w głowie, wypowiedzianych przez nich słów. Potrafiła jedynie czuć obezwładniającą pustkę i ogromny żal, kiedy w myślach powtarzała jego imię jak mantrę.
Przy siedemdziesiątym szóstym kwadransie, o godzinie drugiej w nocy, Sakura zaparzyła sobie herbatę i wyszła na ganek. Pleciony fotel zatrzeszczał pod nią, kiedy usiadła na nim skulona, okrywając się kocem. Księżyc w pełni doskonale oświetlał pustą ścieżkę, prowadzącą do jej domu. Cisza nocna pozwalała jej się wsłuchać w brak jakichkolwiek kroków. Miała ochotę krzyczeć.








~
No to lecim z głównym wątkiem.
Cytat na początku rozdziału jest tyż linkiem, ta pioseneczka była dużą inspiracją, kiedy układałam sobie wcześniej fabułę, więc pomyślałam, że zasługuje sobie na miejsce. Pioseneczka wraz z teledyskiem sumie. Dużo mam takich małych inspiracji, czasami będę się nimi dzielić.
Pozderki Wam, a że rozdział taki poważnym, to coś na rozluźnienie:




LAYOUT BY OKEYLA